Paracelsus

Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Spójrz na ten zamyślony zarys twarzy, pełen mądrości. Jeśli jesteś farmaceutą pokłoń się, złóż ofiarę z lignokainy i pomódl się, by pavulon zadziałał jak należy

Paracelsus (właściwie Phillippus Aureolus Theophrastus Bombastus von Hohenheim) – Bóg farmaceutów, święty chemików, błogosławiony wśród pielęgniarek i przeklęty przez lekarzy. Albo na odwrót.

Mądrości Paracelsusa[edytuj]

Czyli zbiór faktów o poglądach i dziełach Paracelsusa, za które jest wielbiony, bądź przeklęty do trzynastego pokolenia:

  • największe osiągnięcie – zakwestionowanie bzdur Galena i zastąpienie ich głupotami wygadywanymi przez siebie
  • zakwestionowanie istnienia panaceum – lekarze nie mogą do dziś mu wybaczyć zakwestionowania istnienia leku na każdą chorobę, jakim współcześnie jest paracetamol, dawany nawet jako lek na grypę, czy koronawirusa.
  • był prekursorem medycznego zastosowania soli rtęci i arsenu – czyli coś dzięki czemu ci wyżej postanowili zaniechać oskalpowania za herezje
  • pacjenta lepiej oglądać z daleka, najlepiej z kosmosu – „człowieka można ująć jedynie z punktu widzenia makrokosmosu, człowiek nie może się poznać sam z siebie”. Kolejny plus u medyków, którzy nie muszą przyjmować u siebie kolejnych pacjentów, ale zamiast tego postawią krzesła i dzięki pielęgniarce od razu wiedzą, który jest chory, a kto udaje.
  • sygnatura – koncepcja według, której Bóg jest największym aptekarzem, ale zamiast po Bożemu wciskać kosmiczne ilości suplementów i przemycać Etopirynę postanowił pobawić się z kolegami po fachu w podchodo-kalambury polegające na znajdywaniu roślinek, które jakimś cudownym sposobem miały wskazywać chorobę na którą działają, np.:makówki na ból głowy[1], blekot na zbytnie ględzenie, tojad na siniaki… wymieniać można w nieskończoność.

Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną…[edytuj]

Tylko dawka czyni, że dana substancja nie jest trucizną.

To słynne stwierdzenie nie dotyczy tylko farmaceutów i lekarzy, ale dotyczy każdego studenta, nawet tak odległych kierunków jak europeistyka. Dlaczego? To wina diety studenckiej – pozbawieni podstawowych produktów koniecznych do przeżycia i przytłoczeni niezwykle trudnymi warunkami środowiska akademików studenci zmuszeni są do zastępowania jedzenia wysokokalorycznymi lub niemal zerowokalorycznymi produktami jak: resztki z McDonalda, solnik, grzyb ze ściany pokoju, margarita bez sera, ołówki[2], okładki zeszytów, frytkebab, czy nawet niezwykle toksyczna pomidorowa z rosołu z wczoraj. Aby zapobiec negatywnemu działaniu tych toksyn studenci skorzystali z porad Paracelsusa i ograniczyli ich dawkę do minimum, co umożliwia przeżycie niezwykle ciężkiego dla wątroby okresu studiów.

Zobacz też[edytuj]

Przypisy

  1. Działać działa, ale potem ból głowy jest jeszcze większy
  2. Fakt autentyczny, często widać widać ślady żerowania na tych przedmiotach, co może znaczyć że symbioza z celulozożernymi owadami bytującymi w akademikach zaszła dalej niż myśleliśmy