Nonźródła:Szarańcza

Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru
Skocz do: nawigacja, szukaj
Medal.svg
Szarańcza
Dzień 1

– Móóój łeeeb… – zawyłem z cicha. Bolało wszystko. Głowa, mięśnie, wątroba, kości, włosy, paznokcie, skarpety których wczoraj nie zdjąłem przed snem… Łóżko też bolało. Z jednej bezkształtnej masy bólu powoli wyłaniały się poszczególne bodźce, jak kolce i kłuły odpowiednie zmysły. Cierpienie promieniowało od oczu wystawionych na światło słoneczne w głąb czaszki i gdzieś w okolicach móżdżka spotykało się z bólem uszu pulsującym w rytmie uderzeń wiertarki udarowej sąsiada.
– Ja pierdolę, kurwa.
Nie no, coś trzeba ze sobą zrobić, wstać, stawić czoła kolejnemu dniu i jak zwykle oberwać od życia plaskaczem. Jako że do sąsiada tłukącego wiertarką od białego rana (co on tam do cholery wiesza) dołączyło monotonne buczenie jakiejś muchy zawzięcie próbującej mi usiąść na nosie, postanowiłem wstać. Astrologowie zapowiadają koniec świata! – krzyczał nagłówek jakiegoś szmatławca leżącego na podłodze. Nie mam zielonego pojęcia skąd tam się wziął, widocznie jakaś pozostałość po imprezie. W lodówce znalazłem na szczęście słoik z ogórkami kiszonymi. Powoli spożywając życiodajną wodę po ogórkach sięgnąłem po szmatławca i zacząłem czytać z zaciekawiem czemuż to świat miałby się znowu kończyć. Niestety, nie było tam zbyt wielu konkretów, ale za to znalazło się miejsce na wywiad z jakąś lokalną asteroidą albo planetą karłowatą, bo raczej nie gwiazdą. Asteroida z początku wydawała się być dość przejęta powagą sytuacji i zalecała ludności szukanie schronienia, gromadzenie zapasów na wojnę (nie trzeba tego nikomu mówić, jest sobota przed niedzielą niehandlową) i tym podobne mądrości. Szybko jednak przeszła na temat nowego sezonu swojego serialu, który ma mieć premierę za miesiąc, czyli trzy tygodnie po planowanej apokalipsie. Podbudowany nieco na duchu, że nawet w obliczu rychłej zagłady niektórzy ludzie zachowują zimną krew i planują z wyprzedzeniem, oddałem się porannej toalecie. W łazience powtórnie spotkałem bzyczącego robala, który wcześniej próbował dokonać desantu na moim nosie.
– Ty mały kurwa gnoju… – mruknąłem i z pomocą szczerzącej się jak głupi do sera asteroidy z okładki szmatławca rozsmarowałem intruza na ścianie. Przyjrzałem się gazetce naznaczonej resztkami owada. To nie była zwykła mucha, coś zdecydowanie większego. Żaden ze mnie robalolog, a i z delikwenta niewiele zostało, także wzruszyłem ramionami i wróciłem do szeroko pojętego ogarniania się. Już wychodząc z łazienki zauważyłem kolejne muchopodobne coś wywijające dzikie ósemki pod sufitem. Widocznie zaczęło wyłazić to wszystko na wiosnę, faktycznie ostatnio cieplej się zrobiło. Uwaliłem się na kanapie, włączyłem pierwszy lepszy kanał w telewizji i oddałem się powolnemu procesowi zdrowienia. Dzisiaj nigdzie mi się nie spieszy.



Rzuciłem okiem za okno. Było jakby ciemniej, głowa też jakby mniej bolała. Zerknąłem na zegarek – już dwudziesta. Dzień można uznać za udany. Udałem się w kierunku kuchni w celu upolowania czegoś do zjedzenia w lodówce. Człapiąc zastanawiałem się, jak to możliwe, że cały skomplikowany, trudny i niebezpieczny proces polowania został w dzisiejszych czasach zastąpiony zwykłym otwarciem drzwi od lodówki. Albo wyprawą do sklepu. Lustrując zawartość tej cudownej szafki z chłodem i łakociami zastanawiałem się czy przedświąteczne bitwy o karpia w supermarkecie wynikają z naszych pradawnych instynktów, przecież wycieczka do sklepu to jakby polowanie. Zdecydowałem się na kombinację kiełbasa-chleb. Wracając już w kierunku kanapy zauważyłem na podłodze leżące pisemko, które tam rano ciepnąłem. Wyglądało… osobliwie. Na jego okładce ktoś wyciął tępymi nożyczkami dostojny napis HUJ. Skonfundowany przystanąłem by zbadać bliżej niecodzienne zjawisko i zakąsiłem kiełbasy dla pobudzenia procesów myślowych. Kto to mógł zrobić? I po co? Może to Andrzej, w końcu dałem mu klucze od mieszkania na wszelki wypadek, może wlazł jak przysnąłem i… Wyciął chuja w gazetce dla śmiechu? Ech, Andrzej. Jutro sobie z nim pogadam.
Załadowałem się z powrotem na kanapę i oddałem się konsumpcji zarówno pożywienia upolowanego w lodówce, jak i papki reklamowej serwowanej przez komercyjną telewizję. Co tam dzisiaj leci w telewizji… Psy, psia ich mać, znowu odgrzewany kotlet. Tego dnia było mi już wszystko kompletnie obojętne, toteż nieco zrezygnowany i pogodzony ze swym marnym losem umościłem się wygodniej na kanapie i oddałem się z obrzydzeniem wchłanianiu płynącego wartkim strumieniem rynsztoka reklam.

Nie pamiętam kiedy zasnąłem, ale wiem, że obudziłem się na chwilę podczas sławnej sceny z kałachem i wyrazistym wypierdalać z ust niezawodnego Bogusława Lindy. Mruknąłem pod nosem niewyraźnie sam wypierdalaj, niezgrabnie złapałem za pilot by zgasić pudło pełne obrazów ruchomych, odpędziłem ręką natrętną muchę i wróciłem w objęcia Morfeusza.



Dzień 2

Obudził mnie bzyczący koncert symfoniczny dawany przez grupkę robali wywijających zawzięcie jakieś esy-floresy nad moją głową wedle tylko sobie znanego klucza. Może to oberek, może to walc, a może po prostu gra wstępna. Nie znam się na tańcach, ale znam się na tłuczeniu much. Złapałem za wymiętoloną i pokiereszowaną wulgaryzmami gazetkę ze wczoraj i począłem systematycznie i rytmicznie tłuc inwazyjne robactwo przy akompaniamencie słowiańskich zaklęć bojowych.

– Ja ci… – jebs! – …kurrrwa… – plask! – pokażę! – trach! – Skurwysynu… – jeb! – …jak kurwa… – dzyń! (trafiłem żyrandol) – …śmiesz… – mlask! (trafiony-zatopiony) – …mi-la-tać-po-do-mu! – PLASK! – KURWA!

Nieco uspokojony odrzuciłem gazetkę naznaczoną owadzimi truchłami na bok i wyruszyłem w kierunku lodówki w poszukiwaniu pożywienia.



Ten dzień zaczął się źle. Prezydent rano zaspał, bo budzik po siedmiu latach wiernej pracy w służbie narodu postanowił dowieść swych budzikowych praw i zastrajkować. Cóż, przeliczył się. Władza się ze strajkującymi nie patyczkuje, budzik wylądował w koszu. Podczas inspekcji wzrokowowej zawartości szafy ukazały się rażące braki w wyposażeniu – najlepsza koszula głowy państwa została pogryziona przez mole. Co za afront! W mocno zaspanej głowie Prezydenta myśli powoli odbijały się między tekstem noty dyplomatycznej, jaką należy wystosować do Królestwa Moli odpowiedzialnych za ten akt agresji wobec Rzeczpospolitej, a wczorajszą popijawą z kilkoma znanymi politykami i wpływowymi przedsiębiorcami.

Ochędożywszy się (ładne i mądre słowo, Prezydent nauczył się go wczoraj od ministra sportu i turystyki) i spożywszy śniadanie, zerknął za okno szukając wzrokiem szofera, który powinien już tu być pół godziny temu. Ani widu ani słychu, gdzie się podział ten nygus… W momencie, gdy najwyższy urzędnik państwowy swymi nadobnymi dłoniami już zaczął wybierać na telefonie numer do kierowcy, usłyszał chrzęst żwiru na podjeździe.
– No, wreszcie… – mruknął do siebie, po czym wyszedł na zewnątrz i wsiadł do wcale-nie-klepanej limuzyny rządowej.
– Gdzieś ty się podziewał? – zapytał nieco poirytowany lekko zaspanego szofera.
– A bo wie pan panie Prezydencie, mnie to wszystko dzisiej na przekór… – zaakcentował tę przekorność losu gwałtownym skrętem w lewo na skrzyżowaniu.
– Najpirw się mnie stara uwziła i biadolić poczyła jakie to firanki dziurawe pogryzione przez krole, mole, srole czy jakie inne robactwo a i gumolit w kuchni już pozdzirany bo to wie pan po Urbaniakowej babce…
Gadatliwy szofer kontynuował swój fascynujący monolog o trudach życia w tym pięknym kraju aż do lotniska. Na lotnisku przywitała ich obstawa SOP-u i chmara much czy innego robactwa. Skąd się to bierze? Prezydenta czekał kilkugodzinny lot do Madrytu na spotkanie w sprawie… Właściwie to nie pamiętał jakiej, przypomni sobie z notatek przygotowanych przez kancelarię w samolocie. Sam lot nie byłby taki zły, gdyby nie to, że całą drogę będzie mu towarzyszyć młody wiceminister spraw zewnętrznych, przydupas tego właściwego. Włazi w rzyć bez wazeliny, każdemu bez wyjątku. Na wszelki wypadek Prezydent burknął mu jakieś powitanie i wspiął się po schodkach Gulfstreama do środka. Wewnątrz pachniało… Czymś. Właściwie to odpowiedniejszym słowem by było capiło.
– Co tu tak capi? – zapytał wrzaskliwym głosem rozwydrzonej królewny młody wiceminister.
– Yyy… Bo my tu, yyy… – zaczął elokwentnie jeden z borowików. – No eee… muchy wlazły do środka panie ministrze to wzięliśmy szpreja na komary i pryskaliśmy.
Faktycznie na podłodze można było dostrzec pojedyncze truchełka jakichś much. Prezydent jakby od niechcenia trącił jedno z nich czubkiem buta, głośno westchnął i zajął swoje miejsce.

Młody z dupowłazstwem wstrzymał się całe piętnaście minut, dopiero po starcie zaczął gadać. Nowy rekord.
– A wie pan, panie Prezydencie, jakiego gościa ostatnio mieliśmy? – zapytał.
– Nie – odparł ponuro i zgodnie z prawdą indagowany. Niczym nie zmieszany młodzieniec kontynuował.
– Przyjechał taki hihi ambasador z Perto Ryko…? Hojhurasu? San Eskobar? No nieważne, ciapaty jakiś taki i hihi… – gdzieś w tym momencie Prezydent stracił zupełnie zainteresowanie anegdotą wiceministra.
– Mhm, tak – przytaknął zupełnie nie słuchając.
– …a on jemu, hihi, nie, to pan ma krzywy ryj! – dokończył młody nie zważając na nic. Prezydent schował głowę w dłoniach.
– Coś nie tak panie Prezydencie? – zapytał zaniepokojony młodzieniec.
– Chędoż się! – wyburczał nie zdejmując dłoni z twarzy. Tego słowa też nauczył się wczoraj. Też od ministra sportu i turystyki.
Młody wiceminister milczał przez resztę lotu.



Po drodze Prezydent przypomniał sobie z notatek o co w ogóle chodziło z tym całym wyjazdem. Miał się spotkać z kilkoma oficjelami hiszpańskimi, poszczerzyć do kamery i zdaje się publicznie powiedzieć, że wspieramy walkę z katalońskimi terrorystami czy coś. W zamian mają powiedzieć coś niemiłego o Śląsku. Myśli Prezydenta krążyły wokół najróżniejszych rzeczy, tylko nie przemówienia, w końcu odczyta je po prostu z telepromptera. Odczuwał też jakiś dziwny niepokój, jakby coś miało się wydarzyć. Albo to po prostu spóźniony kac po wczorajszym.

Wizyta przebiegła gładko. Przywitanie, misiowanie, ściskanie dłoni z oficjelami, szczerzenie się do kamer, przemowy, uprzejmości, nudy. Przynajmniej ani śladu tych cholernych much. Część mniej oficjalna za zamkniętymi drzwiami też nie była zbyt ekscytująca, to nie Rosja. Prezydent cały czas nie mógł skupić się na tym, co się dzieje tu i teraz, był cały czas dziwnie rozkojarzony. Wychodząc ze spotkania z hiszpańskimi oficjelami, zauważył truchtającego ku niemu wyraźnie zdenerwowanego młodego wiceministra.
– Panie Prezydencie, panie Prezydencie! – krzyczał młodzieniec.
– Ciszej kurwa, czego się drzesz? – odparł przyciszonym głosem Prezydent.
– Panie Prezydencie… – wiceminister zrobił pauzę, by złapać oddech. – Przypał.
– Co się stało, mówże jaśniej! – odpowiedział nieco zirytowany.
Wiceminister dyszał przez chwilę rzucając nerwowe spojrzenia dookoła i na głowę państwa.
– Niech pan lepiej pójdzie ze mną – powiedział w końcu.
Już w niejakim oddaleniu od wścibskich dziennikarzy i oficjeli, wiceminister wyjął z kieszeni smartfon i włączył jakiś filmik. Nagranie serwisu informacyjnego. Program prowadziła nielubiana przez Prezydenta prezenterka stacji komercyjnej.
Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej na spotkaniu z przedstawicielami rządu Hiszpanii popełnił gafę dyplomatyczną o niespotykanej do tej pory skali…
– Co?! – zapytał Prezydent. Wiceminister uciszył go gestem i kazał słuchać dalej. Na ekranie pojawił się znajomy obrazek, Prezydent ściskający dłoń ministra do spraw zagranicznych Hiszpanii.
Podczas powitania z oficjelami hiszpańskimi, Prezydent miał na sobie marynarkę z wyciętym w niej napisem, cytuję CH*piiip*J CI W D*piiip*Ę – nastąpiło zbliżenie kamery na rzeczoną marynarkę z napisem.
Prezydent najpierw wybałuszył oczy, rozdziawił usta, zwarł je z powrotem i błyskawicznie zdjął z siebie marynarkę i przyjrzał się jej uważnie. Faktycznie na boku był wycięty taki napis.
– O kurwa… – wymamrotał.



Czy to miał być sygnał dla rządu Hiszpanii, w jak głębokim poważaniu Polska ma swoich sojuszników? Może to przykład nowoczesnej dyplomacji uprawianej przez nasz demokratycznie wybrany rząd? A może to sabotaż najwyższego urzędu Rzeczpospolitej dokonany przez wrogich szpiegów? Tego jeszcze nie wiemy, czekamy na konferencję prasową i wyjaśnienia Kancelarii Prezydenta RP w tej sprawie. Tymczasem we wsi Długiechuje Dolne w województwie kujawsko-świętokrzyskim urodziło się dwugłowe cielę…
Siedziałem na kanapie nie końca rozumiejąc, co właściwie oglądam. Zerknąłem w kalendarz. Nie, to nie pierwszy kwietnia. Wystarczy tego na dzisiaj. Wyłączyłem telewizor i poszedłem spać.



Dzień 3

Poprzedni dzień był zły. Można by było nawet myśleć, że gorzej już być nie może, ale kolejny z uporem próbował udowodnić, że jednak się da. Tym razem nie było problemu z zepsutym budzikiem, Prezydent najzwyczajniej w świecie w nocy nie spał w ogóle. Między nerwowymi notami wysyłanymi do Hiszpanii w tempie karabinu maszynowego, opracowywaniem strategii jak wygrzebać się z tego pijarowego bagna i dociekaniem jak do tego w ogóle doszło, zostawało niewiele czasu na jedzenie i oddychanie, a co dopiero na sen. Wszystkie służby postawione w stan najwyższej gotowości ganiały w kółko za własnym ogonem, nie będąc w stanie nic sensownego zrobić. Wojsko przysłało dwa złomiaste Leopardy pod Pałac Prezydecki, diabli raczą wiedzieć po co. CBŚ i temu podobne gówno warte służby na wszelki wypadek aresztowały pilotów i stewardessy samolotu rządowego. Problem pojawił się, gdy próbowali aresztować funkcjonariuszy SOP, na całe szczęście ostatecznie zrezygnowali z tego. Media by dopiero miały ubaw. Nasi niezawodni sojusznicy oczywiście milczeli jak grób.
Po pokoju krążył zdenerwowany i zaspany minister spraw wewnętrznych.
– Co się kurwa dzieje, co się dzieje… – mamrotał pod nosem. – I skąd się biorą tu te cholerne muchy?! – zaakcentował wypowiedź zamachując się na jednego z latających delikwentów ręką, niecelnie. Prezydent nawet nie odpowiadał, półdrzemał w fotelu i leniwie od czasu do czasu odganiał natrętną muchę. Widząc brak zaangażowania ze strony głowy państwa, minister wymaszerował, niemal wybiegł z pokoju z zamiarem zrobienia porządku. Z korytarza zaczęły dobiegać krzyki ministra pod adresem służby.
– …wytruć to robactwo gazem! – dobiegło z oddali. Głowa Prezydenta osunęła się i z fotela zaczęło dobiegać ciche pochrapywanie.
– Panie Prezydencie Rzeczypospolitej Polskiej, pułkownik Rozdmuchało, melduję się na rozkaz! – rozległo się nagle nad głową Prezydenta. Prezydent momentalnie się obudził, zerwał z fotela, wyprężył i niezdarnie zasalutował, tak jak go uczyli w wojsku. Dopiero po chwili przypomniało mu się co tu właściwie robi. Zreflektował się, nerwowo poprawił marynarkę i założył ręce za siebie. Przed nim stał znany mu z widzenia lekko łysiejący wojskowy. Mimo pięćdziesiątki na karku trzymał się nieźle, a wszystkie jego ruchy były szybkie, zdecydowane i precyzyjne. Jak sam pułkownik.
– Yyy, tak, spocznij… – wymamrotał. Niczym niezrażony pułkownik kontynuował robotycznym głosem.
– Wszystkie siły zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej zostały postawione w stan gotowości bojowej. Drugie Skrzydło Lotnictwa Taktycznego w pełnej gotowości. Myśliwce przechwytujące krążą nad Białymstokiem, Lublinem i Zamościem. Szesnasty Batalion Remontu Lotnisk w drodze do Radomia. Szwadron Kawalerii Wojska Polskiego poi konie i przygotowuje się do wymarszu w kierunku Gliwic. Dywizjon Okrętów Podwodnych wyruszył z Gdyni w kierunku Świnoujścia. Utknął z przyczyn technicznych jeszcze w porcie. Ósma Flotylla Obrony Wybrzeża w Świnoujściu wyruszyła w kierunku Gdyni. Wojska Chemiczne razem z trzema pułkami artylerii wyposażonymi w haubice samobieżne patrolują obwodnicę Warszawy. Dwudziesta pierwsza Brygada Strzelców Podhalańskich z doświadczeniem w walce w terenach górskich maszeruje w kierunku Jastrzębiej Góry. Wojska Obrony Terytorialnej… – pułkownik zająknął się na chwilę. – Wojska Obrony Terytorialnej dzielnie maszerują. Koniec meldunku.

Prezydent lekko wybałuszył oczy, wziął głęboki oddech, jeszcze raz poprawił marynarkę i zamilkł na chwilę.
– Yyy… Ale po co? – zapytał cicho. Pułkownik wyraźnie nie był przygotowany na to pytanie, zaczął się nerwowo jąkać.
– P-panie P-p-prezydencie… – zaczął. – Melduję że nie wiem – usta pułkownika drżały, a on cały zaczął się chwiać delikatnie.
– Eee…? – zapytał błyskotliwie Prezydent. Tego było już za wiele dla pułkownika. Kompletnie rozpłakał się, zdjął czapkę i usiadł na podłodze. Wyglądał jak dziecko, któremu ktoś zabrał cukierka. W ciele pięćdziesięcioletniego mężczyzny.
– Ja, ja, ja już nic nie wiem… – wyjąkał chlipiąc i pociągając nosem. Wysmarkał się głośno w czapkę. – Najpierw ta Hiszpania, to chcieliśmy im wypowiedzieć wojnę, ale NATO nam nie pozwoliło… A teraz te cholerne muchy… Ja chcę do mamy…
Prezydent stał chwilę skonsternowany nie wiedząc co począć z załamanym żołdakiem. Za oknem już świtało. Westchnął głęboko, po raz ostatni poprawił marynarkę i wyszedł zostawiając rozmazanego pułkownika samemu sobie.



Rano o dziwo nie obudziło mnie bzyczenie, tylko sąsiad drążący z uporem temat dziury w ścianie przy pomocy wiertarki udarowej. Niepewny czy być pozytywnie zaskoczony, czy może raczej negatywnie, wstałem z łóżka. Ogarnąwszy się w toalecie przystąpiłem do przygotowywania śniadania. Odsłoniłem firankę w kuchni i wyjrzałem na szare miasto.

Lecimy wam wpier.jpg


Zamarłem na chwilę obserwując niecodzienną sytuację za oknem. Przynajmniej wyjaśniło się, gdzie podziało się robactwo. Nie dość, że krążyły tego całe chmary nad miastem, to jeszcze układały się w wulgarne napisy. Albo mi się wydawało. Zrobiłem sobie kawkę, coś do zagryzienia i włączyłem telewizor z zamiarem dowiedzenia się, co się właściwie odpierdala na zewnątrz. Wszystkie serwisy informacyjne milczały jak grób o niecodziennym zjawisku, zapomniały też o wczorajszym incydencie z Prezydentem w roli głównej.
Wracamy do szokującej sprawy, która wstrząsnęła całą Polską. Przypominamy: sławna polska aktorka i piosenkarka, Marzena Mniedziała zaszła w ciążę ogłaszając jednocześnie zawieszenie swojej trasy koncertowej na kilka miesięcy. Tłumy zrozpaczonych fanów protestują pod jej domem – pojawiła się przebitka z grupką kilku przypadkowych przechodniów stojących na chodniku. Zdawali się nie wiedzieć, co tam właściwie robią. Jeden dłubał w nosie. – Na miejscu jest już nasz specjalny wysłannik…
Dość. Wyłączyłem pudło i chwilę stałem patrząc się na telewizor, zastanawiając się czy by go może nie wyrzucić przez okno i mieć spokój raz na zawsze. Nie, ten dzień jeszcze nie nadszedł. Kiedyś. Westchnąłem głęboko, ubrałem się i wyszedłem na miasto.

Wszędzie roiło się od much. Nie latały pojedynczo, a całymi stadami, wściekle bzycząc unisono. Krążyły pozornie bez celu to rozdzielając się na mniejsze grupki, łącząc, kotłując w miejscu przez chwilę, rozpraszając się i ciągnąc długimi smugami ku niebu. Wyglądało to hipnotycznie. Otrząsnąłem się z zamyślenia i ruszyłem dalej, raczej mnie nie zeżrą. Po chodniku walały się śmieci, jak zwykle, za to jakby bardziej poszarpane. Przede mną przefrunęła pusta paczka chipsów porwana przez wiatr i zawadziła o jedną z chmar robactwa. Momentalnie zakotłowały się wokół niej hucząc wściekle. Nade mną przeleciał helikopter, zdaje się wojskowy. To będzie ciekawy dzień.



Nikt nie wiedział co się dzieje, na wszystkich szczeblach administracji zaczynał powoli panować chaos. Do akcji już wkroczyli tajniacy uciszając dyskretnie media. Zastosowano starą jak świat taktykę tematu zastępczego, niestety z nikłą skutecznością, tajniacy nie byli orłami dziennikarstwa. Kolumna rządowa pędziła ulicami Warszawy wioząc Prezydenta i kilku innych oficjeli do jednego z instytutów PAN. Podobno tamci coś wiedzieli. Z braku czegoś lepszego do roboty, wszyscy rzucili się na to, żeby stwarzać jakiekolwiek pozory robienia czegoś sensownego. Na miejscu kolumnę przywitała grupka lekko zaspanych naukowców z podkrążonymi oczami i potarganymi włosami. Kilkupiętrowy socrealistyczny budynek był nieco obskurny i zaniedbany, ale jajogłowym zdawało się to nie przeszkadzać zbytnio. Na ścianach między odpadającą farbą znalazło się miejsce dla niezliczonych wywietrzników, kratek, rurek i pierdółek. Dookoła budynku porozrzucane były najróżniejsze urządzenia o zagadkowym wyglądzie. Coś jakby złomowisko elementów rakiet kosmicznych. Na powitanie przybyłym wyszedł naprzeciw jeden z naukowców. Był całkowicie łysy, nosił upaskudzony czymś żółtym fartuch laboratoryjny i lekko wykrzywione okulary.
– Dzień dobry państwu, profesor Małonośny, jestem kierownikiem tego bu… Bałaganu. Zapraszam do środka. Wewnątrz było ciepło i wilgotno, niemal jak w dżungli.
– Szanowni państwo wybaczą, utrzymujemy mikroklimat odpowiedni do rozwoju insektów, nad którymi prowadzimy badania, proszę za mną…
Kierownik instytutu zaprowadził ich do pomieszczenia pełnego dużych przezroczystych terrariów. W jednych robactwo kotłowało się szaleńczo odbijając od ścianek, a w innych leżało martwe na dnie. Niektóre terraria były zupełnie puste.
– Prowadzimy eksperymenty nad szarańczą już od… – profesor zerknął na zegarek – …trzydziestu czterech godzin. Dokładnie trzydzieści cztery godziny temu jeden z naszych praktykantów przypadkiem złapał pierwszego osobnika podczas przeprowadzania innego eksperymentu. Zakładam, że panowie nie są zaznajomieni z terminologią entomologiczną, więc daruję szczegóły. W skrócie: nie mamy zielonego pojęcia co to jest, nie wiemy czy to jest w ogóle owad, jedne osobniki mają sześć odnóż, inne cztery, a znaleźliśmy nawet takiego, który miał ich dziewięć. Badania kodu genetycznego dają kompletne bzdury i za każdym razem zupełnie inne wyniki.
Politycy patrzyli się tępo to na profesora, to na zbiorniki z szarańczą. Niezrażony kierownik instytutu kontynuował.
Locusta curvosa, bo tak roboczo nazwaliśmy ten gatunek, głównie je. Nie rozmnaża się, nie wydala, tylko lata i je. Problem w tym, że je w dość specyficzny sposób… – profesor przerwał i wziął pierwszą z brzegu kartkę ze stosu leżącego na pobliskim stole. W kartce był wyrzępolony napis PIERDOLCIE SIĘ. Profesor zademonstrował ją zebranym, zerknął na nią jeszcze raz i zmarszczył brwi.
– Hm, niefortunny przykład… – powiedział odkładając kartkę na stół. – No nic, w każdym razie robale wyżerają wulgaryzmy we wszystkim, co są w stanie przegryźć. Jakim cudem nauczyły się przeklinać – nie wiemy. Po co to robią – też nie.
Politycy nadal stali z jeszcze mniej mądrymi wyrazami twarzy.
– Skąd to się wzięło? – zapytał ktoś wreszcie. Profesor zauważalnie ucieszył się, widząc, że przynajmniej jeden student uważał na wykładzie i zadaje pytania.
– Bardzo dobre pytanie proszę pana, bardzo dobre – odparł uśmiechając się pod nosem. – Bardzo dobre na egzamin… – mruknął do siebie i poprowadził polityków do kolejnego pomieszczenia. Na środku pustego pokoju na krzesłach siedziało kilku wyraźnie znudzonych, nieogolonych i niebezpiecznie trzeźwych studentów. Każdy miał na czole przylepiony numerek. Obok nich stał jeszcze jeden, z łapką na muchy.
– To nasze dzielne króliki doświadczalne, przyszłość polskiej nauki – wyjaśnił profesor. Studenci nie wyglądali jakby chcieli mieć cokolwiek wspólnego z nauką, a co dopiero z jej przyszłością. Profesor mruknął coś do siebie, wyciągnął z kieszeni wymięty notesik, przerzucił w nim kilka kartek i podrapał się po błyszczącej łysinie.
– Numer jeden! – zawołał. Studenciak z numerem pierwszym westchnął głęboko i powiedział cicho:
– Kurwa mać.
Politycy z uniesionymi brwiami patrzyli na to przedziwne widowisko. Profesor nakazał gestem zachowanie ciszy. Po chwili dało się słyszeć brzęczenie muchy. Młodzieniec z łapką ożywił się i zaczął szukać wzrokiem delikwenta. Sprawnie go ukatrupił celnim klapnięciem i wrócił na swoje miejsce.
– Numer dwa! – zawołał profesor. Tym razem obyło się bez reakcji, dwójka spała. – Władimirowicz, nie spać! НОМЕР ДВА! (NOMIER DWA!) – krzyknął. Dwójka ocknęła się, rozejrzała ospale i burknęła:
– Сука блять, иди нахуи… (Suka bljać, idi nahuj…) – po czym ponownie zamknęła oczy.
– Drei! – krzyknął profesor.
– Scheisse, du verfluchte polnische schweine! – odezwał się trzeci królik doświadczalny patrząc uporczywie z nienawiścią na profesora. Profesor ponownie nakazał zebranym zachowanie ciszy. Tym razem nic nie bzyczało.
Jak sami państwo zapewne zauważyli, osobniki pojawiają się za każdym razem, gdy ktoś powie brzydkie słowo, ale tylko po polsku. Nie wiemy dlaczego – kierownik instytutu głęboko weschnął, zdjął okulary i włożył je do kieszeni fartucha. – Próbowaliśmy kontaktować się w tej sprawie z naszymi zagranicznymi kolegami, niestety bez skutku. Nie wierzą nam zupełnie, szczególnie że u nich szarańcza nie występuje w ogóle. Przestali już nawet odbierać telefony… – profesor smutno zapatrzył się w okno. Otrząsnął się po chwili i kontynuował. – Wy też byście nam nie uwierzyli, dlatego prosiłem o wizytację na miejscu. To wszystko co wiemy. Jeśli macie państwo jakieś pytania to bardzo proszę, ale raczej na nie i tak nie odpowiem.
Politycy stali jeszcze chwilę trawiąc w myślach co właśnie zaszło przed ich oczami, po czym zaczęli powoli, pojedynczo wychodzić z laboratorium nieprzytomnie patrząc się przed siebie.



Sztaby kryzysowe. Nerwowe ganianie po urzędach bez sensu i jakiegokolwiek pomysłu. Ściąganie ekspertów z całego kraju do spraw entomologii, lingwistyki, awiacji a nawet zjawisk paranormalnych i zbieranie ich w komiczną zgraję, przy której zespół Macierewicza wygląda profesjonalnie. Na całe szczęście po całym dniu chaosu zaczęły się pojawiać pierwsze pomysły co z tym fantem poczynić.
– Strzelać z broni przeciwpancernej! – krzyknął minister obrony narodowej. Prezydent głośno westchnął, potarł twarz dłonią i wyjrzał za okno. Słońce już zachodziło, a nad miastem krążyło coraz więcej robactwa. Do pokoju narad wszedł zamaszystym krokiem minister spraw wewnętrznych. W ciągu dnia awansował na nieoficjalnego kierownika imprezy, z racji tego, że okazał się być jedyną osobą, która przynajmniej udawała, że wie co robi.
– Panowie i panie, jesteśmy w wielkiej, czarnej de – zaczął rzeczowo przybyły minister. – Co się dzieje wiecie z widoku za oknem, dostaliście też briefingi z wyjaśnieniem sytuacji.
Faktycznie na stole leżały kartki z briefingami, niektóre już podziurawione przez szarańczę. Miny zgromadzonych nie sugerowały, że je przeczytali, ale na wszelki wypadek wydali z siebie przytakujące mruknięcia.
– Po pierwsze: nie klniemy. Dotyczy to wszystkich, was też. Musimy też przestać udawać, że nic się nie dzieje, bo ludzie i tak tego nie kupują. Trzeba im tam na dole powiedzieć, że mają przestać przeklinać, jak, nie wiem, wasz problem.
– Chcesz zakazać Polakom kurwienia na swój marny, zasrany żywot? – zapytał minister kultury.
– Tak. Od dzisiaj mają mówić kurczę pieczone, cholibka i kurde felek. Prezydent wygłosi orędzie do narodu i im to wyjaśni, jak krowie na rowie, zrozumiano?
Prezydent zaczął się zastanawiać, od kiedy upadł tak nisko, że rozkazuje mu jakiś minister, ale był już tak zmęczony, że nie miał siły protestować, tylko zrezygnowany kiwnął potakująco głową.
– Dalej, wytłuc to trzeba. Policja bierze pały w dłoń i tłucze, straż miejska też wreszcie się do czegoś przyda. Co tak gały wybałuszacie, macie lepsze pomysły?
– Strzelać z broni przeciwpancernej! – wrzasnął minister obrony narodowej. Prezydent uderzył czołem w stół i pozostał już w takiej pozycji do końca spotkania.
– Może jakimś gazem? – zapytał nieśmiało ktoś z sali.
– To już zostawiam wojsku i sanepidowi. Konwencja genewska nie dotyczy działań deratyzacyjnych i dezynsekcyjnych, macie pełną swobodę działań, tylko błagam, nie próbujcie wyciągać niczego ze Świerka – powiedział minister spraw wewnętrznych. Minister obrony narodowej uśmiechnął się pod nosem, wstał, zasalutował i odmaszerował w sobie tylko znanym kierunku.
– Dalej, jak wygląda sytuacja z sojusznikami? Ktoś nam pomoże? Unia? NATO? ONZ? Ktokolwiek?
– Nikt… – powiedział grobowym głosem minister spraw zewnętrznych. – Najpierw ta Hiszpania, potem jacyś debile próbowali wypowiedzieć im wojnę, to się na nas wszyscy obrazili na amen, a na koniec dzwoniliśmy do wszystkich mówiąc, że robactwo nam kurwy w kartkach papieru wycina. Uznali nas wszystkich za pomyleńców i ignorują kompletnie. Tylko Osetia Południowa i Naddniestrze jeszcze z nami gadają, ale to tylko po to, żebyśmy ich uznali.
– Nic to, Polska stawi dzielnie czoła agresorowi i nie podda się uciskowi! Naprzód do boju! Walczmy za nasz kraj, za nasze miasta i wsie! Bóg, honor, ojczyzna!
Prezydent lekko uniósł głowę zaciekawiony płomienną przemową. Dopiero teraz zauważył, że minister spraw wewnętrznych chwieje się nieco, a w powietrzu czuć było delikatną woń alkoholu. Prezydent wzruszyłby ramionami, gdyby miał na to siłę.



Dzień 4

– Za pięć minut wchodzimy na wizję! – krzyknął ktoś z tyłu. Prezydent jeszcze raz poprawił krawat i spróbował przypomnieć sobie, co właściwie ma powiedzieć w tym całym orędziu. Stał w reprezentacyjnej sali Pałacu Prezydenckiego, a dookoła krzątała się cała masa ludzi odpowiedzialnych za to, żeby wszystko przebiegło zgodnie z planem. Wszystko miało być na żywo, transmitowane we wszystkich kanałach telewizyjnych i w radiu. Przynajmniej tym razem dali mu się wyspać. Nad przemówieniem całą noc pracował cały sztab pijarowców, copywriterów, psychologów i innych psychopatów. Prezydent ziewnął dyskretnie i podrapał się po nosie.



Kawa. Kanapka z jajkiem. Kanapa. Telewizor. Durny program poranny, w którym jakaś idiotka opowiada o swojej roli w gównianym serialu. Ech, lepsze to niż nic. Nagle wypowiedź szczebiocącej blondynki została przerwana jej w połowie słowa. Ekran zrobił się na chwilę czarny, po czym pojawiła się plansza z wielkim napisem ORĘDZIE PREZYDENTA RP. Oho, będzie ciekawie.
A teraz przerywamy program, by nadać ważny komunikat. Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej wygłosi orędzie do narodu – zapowiedział niewidoczny spiker. Obraz przeskoczył na Prezydenta stojącego za mównicą. Po jego obu stronach stały sztandary dumnie prezentujące polskie barwy narodowe, a sama głowa państwa była pochłonięta drapaniem się po nosie. Prezydent skończył drapać się i spojrzał na bok gdzieś poza kadr.
Jurek… Jurek, gdzie ty kurwa polazłeś – padło z nadobnych ust Prezydenta. – Miałeś mi tu przynieść szklankę wody, kiedy ja cię o to prosiłem… No to kurwa weź leć po nią, teraz, zapierdalaj!
Yyy… Panie Prezydencie… – padło z offu.
Czego? – zapytał grzecznie Prezydent.
Jesteśmy na wizji.
Faktycznie było ciekawie. Ugryzłem kanapkę z jajkiem i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Prezydent stał chwilę z bardzo głupim wyrazem twarzy, po czym kamera przeskoczyła do jakiegoś studia telewizyjnego, gdzie za stołem siedziała prezenterka z jeszcze głupszą miną. Po chwili zreflektowała się i wyprostowała na krześle.
Eeem… Przepraszamy państwa za problemy techniczne. Pracujemy nad ich rozwiązaniem. W międzyczasie, wiadomości sportowe. Polska reprezentacja w strzelaniu do ruchomej tarczy z sylwetką biegnącego dzika odnosi kolejne sukcesy…
Żułem kanapkę czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Prezenterka produkowała się jeszcze kilka minut o lacrosse i picipolo kompletnie nie zważając na napis kurwa wyrzępolony w klapie jej żakietu.
A teraz przerywamy program, by nadać ważny komunikat. Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej wygłosi orędzie do narodu – zapowiedziała prezenterka. Déjà vu.
Faktycznie, na ekranie pojawił się nieco zestresowany i czerwony Prezydent. Gadał kilka minut o muchach, łapkach, wojsku, kulturze osobistej, czystości języka i innych bzdurach.
– Nuuuudyyy… – skwitowałem i wyłączyłem telewizor, po czym poszedłem umyć naczynia po śniadaniu.



– Panie kapitanie, melduję kompanię na zbiórce do apelu porannego.
– Kompania… baczność! Spocznij! – krzyknął kapitan i przejechał wzrokiem po całej kompanii, uważnie szukając rozwiązanych butów i mundurów z poobrywanymi guzikami. Dzisiaj niestety nic. – Witamy na wojnie, gamonie. Biorąc pod uwagę wasze zdolności i to, że walczymy z zasranym robactwem, to cud żeście przeżyli pierwszy dzień, może przetrwacie jeszcze ze trzy. Szczegółowy plan działań wam przekażą dowódcy poszczególnych jednostek. Mnie dzisiaj przypadła rola pier- – kapitan nie dokończył, westchnął cicho i kontynuował. – Dzisiaj będziemy robić szkółkę. Wracamy do przedszkola gamonie! Rozkaz jest jeden, prosty, nawet wy, zakute łby spamiętacie. Ma mi tu żaden, kurr… debele nie kląć i już! Rozumiecie?! Żaden chu… hultaj ma mi tu bluzgami nie rzucać, do odwołania!
Dzielni i nieco zaspani żołnierze patrzyli niewiele rozumiejącym wzrokiem na kapitana. To, że nic nie rozumieli nie było dla nich żadną nowością, natomiast zakaz przeklinania już jak najbardziej tak.
– O kurwa… – powiedział ktoś cicho z drugiego szeregu. Kapitan momentalnie zacisnął szczękę, na czole wyskoczyła mu żyłka, a on sam zaczął drzeć się dwa razy głośniej niż poprzednio.
– Który to kurwa?! Który chuj mi tu pierdzi pod nosem podczas apelu?! Mówiłem chyba kurwa jasno, żaden chuj ma mi tu kurwa nie przeklinać, rozumiecie debile?! – kapitan zrobił pauzę. – Baczność kurwa! Prawo zwrot! Naprzód marsz! Wypierdalać na front!
Kompania oddaliła się w kierunku bliżej nieokreślonego frontu, a za nią podążyła ciągle powiększająca się chmara szarańczy. Z taktycznego punktu widzenia już przegrali, wróg był przed nimi, za nimi, z nimi, a nawet ze smakiem pałaszował już ich kamasze. Nic to, Polska zwycięży.



Na ulicy nie było prawie nikogo, wszyscy pozamykali się w domach. Niektórzy zamykali okna, ale gdy stężenie robali wewnątrz przekraczało to na zewnątrz, otwierali je i na ulicę wydostawała się kolejna chmara szkodników. Oprócz tkanin i papieru, szarańcza wygryzała też wulgaryzmy już w plastiku, a nawet próbowała podgryzać stalowe znaki drogowe sypiąc dookoła iskrami. Na szczęście betonu jeszcze nie ruszała. Sklepy pozamykane, cóż, mam trochę żarcia w lodówce, jakoś przeżyję. Wróciłem do domu i wygrzebawszy z barku jakąś flaszkę, zaanektowałem kanapę. Szykował się dłuuugi weekend. W telewizji pokazywali policjantów tłukących muchy pałkami na ścianach domów, szyldach i znakach. Wojsko strzelało do robali ze wszystkiego, co miało pod ręką, włączając w to karabiny maszynowe, czołgi, działa przeciwpancerne i artylerię rakietową. Niezbyt skutecznie. Chyba najsensowniejsze co robili, to przelatywanie helikopterem przez chmary szarańczy, przynajmniej część obrywała śmigłami. Sumarycznie wojsko miało jednak skuteczność ujemną, bo gdziekolwiek się pojawiało, powstawały stada much. Podobno próbowali też coś z gazem, ale tego dziwnie nie chcieli pokazywać w telewizji. Może coś poszło nie tak.

Były też gigantyczne robale wielkości sterowca latające nad miastem i pożerające całe budynki. F-16 pruły do nich ze wszystkiego, co miały pod ręką, a ludzie na dachach kamienic rzucali w nie kamieniami, niczym polska kawaleria szarżująca z szabelkami na czołgi. A może mi się to już przyśniło…



Dzień 5

Aaaj… Mój łeb… Czemu ja sobie to znowu zrobiłem… Otworzyłem z trudem jedno oko. Kanapa, moja, w moim domu. Nogi też moje, w moich wyciurganych portkach. Dobrze. Zamknąłem oko. Dookoła panowała dziwna cisza. Nie było bzyczenia much, za oknem też nic nie huczało, nie latały helikoptery, nawet sąsiad dzisiaj odpuścił wiercenie dziur w ścianach i suficie.
Zebranie się w całość i zwleczenie z kanapy zajęło mi dobrych kilkanaście minut. Na stoliku obok stała osuszona flaszka. To wiele wyjaśnia. Wyjrzałem za okno. Szarańcza gdzieś zniknęła, ani śladu jakiegokolwiek robactwa. Przyśniło mi się to czy jak? Moje wątpliwości szybko rozwiała elewacja budynku naprzeciwko z wyciętym w niej wielkim napisem KURWA. Moja wyciurgane portki też były jakby bardziej wyciurgane niż zwykle i podziurawione w fantazyjne szlaczki układające się w przekleństwa. Super.



W pokoju narad chyba wszyscy członkowie sztabu kryzysowego byli albo skacowani, albo jeszcze nietrzeźwi. W stole była wycięta ogromna sylwetka męskiego przyrodzenia. Politycy siedzący za stołem w dziurawych jak rzeszoto garniturach wyglądali nędznie. Obszarpani, skacowani, zmęczeni i kompletnie zrezygnowani. Prezydent spał z głową na stole. Do pokoju obrad wszedł chwiejnie minister spraw wewnętrznych, obszarpany, skacowany i zmęczony jak wszyscy, ale z jakiegoś powodu dziwnie wesoły.
– Drodzy koledzy, drogie koleżanki, zwyciężyliśmy! – zaczął przemowę szczerząc się. Zebrani mniej lub bardziej przytomnie patrzyli na niego z wyczekiwaniem. – Dostajemy raporty z całego kraju, że szarańcza wycofuje się. Przestraszyli się nas! Naszej potęgi wojskowej! – krzyknął minister akcentując swoje słowa uderzeniem pięścią w stół. To obudziło ministra obrony, który zerwał się z krzesła i zasalutował. Reszta chwilę patrzyła się na niego, a on po czasie zreflektował się i usiadł z powrotem.
– Szarańcza wycofuje się do kilku punktów w kraju. To między innymi Kłodawa, Lubin, Katowice i Sosnowiec. Robactwo masowo ucieka do szybów górniczych i zlatuje na najniższe poziomy. Podejrzewamy, że hibernuje – minister uśmiechnął się pod nosem. — A my ich podczas tej hibernacji wybijemy co do nogi! Górnicy już organizują oddziały uderzeniowe. Drodzy państwo mamy to!
Normalnie w takiej sytuacji zapanowałaby powszechna radość i poklepywanie się po plecach, zebrani jednak woleli cieszyć się wewnętrznie. Przezydent westchnął, wstał, podszedł do okna, oparł o nie czoło i wyjrzał na zewnątrz. Warszawa kąpała się w promieniach porannego słońca. Pałac Kultury i Nauki dumnie prężył swoją pierś ozdobioną całą wiązanką wulgaryzmów pod adresem Stalina, a od jednego z wieżowców co jakiś czas odpadały kawałki niedojedzonego szkła i rozpryskiwały się na chodniku. Wygraliśmy. Z muchami.



Dzień 8

Po kilku dniach życie zaczynało wracać do normy. No, niezupełnie, nadal nikt za granicą za bardzo nie chciał wierzyć w brednie wygadywane przez polskich polityków, a miasta nadal były podziurawione jak ser szwajcarski. Zorganizowano ochotnicze komitety naprawcze, które łatały dziury, malowały ściany i cerowały tkaniny. Zaczęto też coś przebąkiwać o zbieraniu cegieł na odbudowę Warszawy. Z braku czegoś lepszego do roboty (arbajt mi zamknęli bo dach przecieka, a w środku hula wiatr przez dziury w ścianach) pomagałem w łataniu dziur w asfalcie. Tak, te cholery nadgryzły też asfalt. Szczególnie sobie upodobały wielopasmowe drogi przecinające centrum, w których można było wyciąć całe litanie przekleństw. Ludzie też już wrócili do normy i kurwili jak za starych, dobrych lat. Nie żeby przemowa Prezydenta to jakkolwiek zmieniła. Robali pojawiało się już znacznie mniej, a jak już to od razu odlatywały w siną dal i tyle ich widzeli.
Uśmiechnąłem się do swoich myśli, otarłem pot z czoła i oparłem o łopatę. Jak wzorowy stachanowiec, dwieście procent normy. Słoneczko dziś dopisywało i wszyscy chodzili w krótkich gaciach. Nagle z oddali dało się słychać grzmot. Burza? W sumie to możliwe, było gorąco od paru dni. Wreszcie trochę popada i ten kurz zmyje z ulic. Wróciłem do pracy i dalej sumiennie nakładałem masę pseudobitumiczną do dziur. Jak źle leżało, to trzeba było lekko wyrównać na oko. Oczywiście wszystko niedokładnie i na odpierdol, ale przecież mi za to nie płacą. Kolejny grzmot z oddali, głośniejszy. Dużo głośniejszy, miałem wrażenie, że aż ziemia się zatrzęsła.
– Dobra chłopaki, burza idzie, zwijamy się! – krzyknął kierownik.
Wrzuciłem łopatę na taczkę i zacząłem pchać ją po ulicy. Ciężko się jechało po tych krzywych łatach, wolę nie myśleć jak będzie się jeździć samochodem. Nie mój problem, ja jeżdżę tramwajem. Choć podobno szyny też nadgryzione… Moje rozmyślania przerwał kolejny grzmot, teraz już naprawdę blisko. Przyspieszyłem kroku. Następny grzmot zwalił mnie z nóg. Próbując zrozumieć, co się właściwie dzieje, spojrzałem w górę. Kilkunastopiętrowy budynek nade mną chwiał się na boki jakby był z gumy. Przerażony nie mogłem się ruszyć, tylko w oniemieniu obserwowałem gigantyczną betonową bryłę spadającą ku mnie. Nagle ziemia pode mną ustąpiła, a ja zacząłem spadać w bezdenną przepaść.



Dzień 373

Dobré ráno dámy a pánové, dziś wielkie święto w Republice Czeskiej – pierwsza rocznica uzyskania dostępu do morza! Miliony Czechów i Morawian wyjechały by je uczcić do nadmorskich ośrodków wypoczynkowych w Harrachovie, Náchodzie, Opavie i Bohuminie. Na miejscu jest nasz reporter, Ondřej Tichý. Ondřeju, jak bawią się nasi rodacy?
Nad Morzem Polskim dopisuje pogoda, mamy cały dzień piękne słońce. Jest bardzo ciepło, więc wczasowicze chętnie korzystają z kąpieli. Niestety plaże wymagają jeszcze wiele pracy i nie wszystkie są tak piękne i piaszczyste jak te na Karaibach, ale Ministerstwo Morza zapowiedziało, że już za rok Czesi będą mogli odpoczywać na dwudziestu nowych piaszczystych plażach wyposażonych w ogólnodostępne kraniki z piwem.
Dziękujemy i pozdrawiamy wszystkich wypoczywających przy szumie fal. Tymczasem pora na zespół Cédéčko i ich najnowszy hit: Jdu do Polska!

Morze Polskie.jpg
Ślizgać się po kartach jak po tafli wody...
muskając rzeczywistość jak najrzadziej da się...
Z archiwum Nonksiążek,
skarbnicy darmowych, aczkolwiek całkowicie nonsensownych, tekstów: